Friday, February 7, 2014

Polski Klub Narciarski "Double Diamond" w Vail, CO


Co roku Double Diamond Polish Ski Club organizuje conajmniej 3 dłuższe wyjazdy narciarskie w tzw. „wysokie-poważne góry” (przeważnie Góry Skaliste). Na styczeń 2014 roku członkowie naszego klubu z entuzjazmem zaakceptowali propozycje wyjazdu do Vail w stanie Kolorado, którą zasugerował nasz prezes Janusz Radwański. Już w listopadzie poprzedniego roku bez problemu uzbierała się 54-osobowa ekipa. Jest to przecież trzeci co do wielkości ośrodek narciarski w Ameryce Północnej (po Whistler w Kanadzie i Big Sky w Montanie) i cieszy się on ogromną popularnością wśród narciarzy. Samo Vail, (nazwane na cześć Karola Vail, inżyniera autostrady prowadzącej do miasta) w przeciwieństwie do innych popularnych miasteczek narciarskich jak Aspen, Breckenridge czy Steamboat Springs, powstało wyłącznie na bazie otwartego w 1962 roku ośrodka narciarskiego, który już pod koniec lat 60-tych stał się jednym z najpopularniejszych ski resorts w Stanach Zjednoczonych. Średnia wysokość tutejszych  gór to 8,150 stóp (2,484 m) z najwyższym szczytem sięgającym 11,570 stóp (3,527 m).


Mapa tras narciarskich w Vail, CO
Pomimo zasypanego śniegiem Chicago i ściskających mrozów stulecia, na lotnisku Midway nasza grupa stawiła się w komplecie i na czas. Stąd liniami Southwest Airlines (na które zdecydowaliśmy się z powodu braku opłat za bagaże) odlecieliśmy do Denver w Kolorado, gdzie dla odmiany witały nas wysokie temperatury (56⁰F!) i absolutny brak śniegu. Przy pakowaniu naszych walizek i nart do podstawionego dla nas autobusu, który miał nas dowieźć z lotniska do Vail, zorientowaliśmy się, że wielu z nas nie ograniczyło się do minimum i był problem z umieszczeniem naszego całego majdanu w bagażnikach.  Po dość czasochłonnych operacjach nasze cargo zostało upchnięte gdzie się dało (co oznaczało również zastawienie całego przejścia na „pokładzie pasażerskim”). I wydawałoby się, że już przysłowiowej igły nie zmieści się nigdzie,a jednak... po zatrzymaniu się w przydrożnym sklepie i po zaopatrzeniu się na cały pobyt w artykuły spożywcze setki dodatkowych siatek z zakupami wypełniły każdą półkę i dziurkę w autokarze. Było ciasno, ale nikt na niewygody nie narzekał. Wszyscy wiedzieli, że to tylko przejściowe niedogodności.

Lotnisko w Denver, CO




Pędziliśmy słynną autostradą I-70 w stronę wybudowanego w latach 70-tych słynnego Eisenhowever Tunnel, jednego z najwyżej położonych na świecie podwójnego tunelu samochodowego. Pierwszy tunel, dla samochodów jadących na zachód, a znajdujący się  poniżej Continental Divide na wysokości 11,158 stóp (3,401m)  ukończono już w 1973 roku i ma on długość 1.7 mil (2.7km). (Drugi tunel, na wschód, z powodu braku funduszy, oddano do użytku dopiero 6 lat później). I to w drodze do tego tunelu na zachód martwiliśmy się o dobrą pogodę narciarską, a więc czy będzie śnieg i czy będzie wystarczająco zimno, aby się on utrzymał. Zmrok powoli zapadał i oprócz filmów narciarskich prezentowanych przez prezesa na ekranach śledziliśmy zegar centralnie umieszczony na przodzie autokaru, który wyświetlał temperaturę na zewnątrz. Za tunelem, nasze obawy się rozwiały, bo zmiana nastąpiła prawie automatycznie. Po tej stronie Gór Skalistych padał śnieg i temperatura zaczęła powoli opadać.

Wjazd do Eisenhower Tunnel


Do naszego ośrodka w Vail-Lionshead dojechalismy późno w nocy. Gór nie było widać, ale cieszył nas fakt, że na zewnątrz było już tylko 31⁰F i biały puch sypał z nieba obficie. Udaliśmy się w poszukiwaniu przydzielonych pokoi. W międzyczasie kierowca rozładowywał autobus.  Kiedy wróciliśmy po nasze bagaże były one tak mocno przysypane śniegiem, że nie można ich było rozróżnić  w ciemnościach. Nie zdały się na nic kolorowe wstążeczki, które na lotnisku znakomicie się spisują, ale pod śniegiem ich nie widać.  Na szczęście nasi panowie wzięli na siebie obowiązek dostarczenia wszystkich waliz do odpowiednich pokoi i takim sposobem już pół godziny później byliśmy przygotowani do zasłużonego snu.



Prawie cudem można nazwać to, że po tylko 4-5 godzinach snu, już o 9-tej rano w pełnym narciarskim rynsztunku większość z nas wyruszyła na podbój stoków Vail.  Do gondoli mieliśmy tylko 5 minut. Jednak kilka osób postanowiło sobie odpuścić jazdę tego dnia, bo widoczność była conajmniej kiepska. Śnieg sypał tak mocno, że gór ciągle nie było widać. Było szaro i ponuro, ale 24 cale świeżego puchu, który spadł przez noc większość członków Double Diamond nie mogła zignorować. Dla doświadczonych narciarzy puszysty śnieżek, nietknięty przez poprzedników, to raj na ziemi. Dla początkujących jednak jest to wyzwanie i jazda przy złej widoczności może być nawet niebezpieczna.


Z braku pięknych widoków gór pod gondolą podziwialiśmy system podgrzewanych ulic. 

Przez cały dzień śnieg nieubłagalnie sypał, jakby chciał nadrobić zaległości całego sezonu w Kolorado. Nie było zimno, ale trzeba bylo jeździć w goglach narciarskich bez przyciemnianych szybek, bo inaczej nic nie było widać. Właściwie tak niewiele było widać, że ciągle wszyscy gubili się na szlakach. Oznakowanie na takie warunki było mizerne i niepomocne. Jeździło się trzema stylami: „na oko”, „po śladach” lub „za innymi” (którzy zresztą jechali „na oko”). Kolejnym cudem można nazwać fakt, że tego dnia 15-osobowej grupce udało się spotkać na stoku i zjeść wspólny lunch w Eagle’s Nest (Orle Gniazdo) na szczycie góry na wysokości 10,350 ft(3,155m). Po lunchu większość z nas trzymała się szlaków przy gondoli, gdzie widoczność wydawała się lepsza niż gdzie indziej, ale przede wszystkim, aby uniknąć czasochłonnych i nieprzyjemnych tego dnia wjazdów na górę nieosłoniętymi wyciągami krzesełkowymi.




Z biegiem dnia, warunki pogodowe nie polepszały się. A wręcz przeciwnie. Obsługa gondoli poinformowała nas, że z powodu złej widoczności będą zamykać wyciąg o 3 po południu, więc czas było się zbierać. Część naszej ekipy (około 20-osób) zjechała na dół tuż pod gondolę i w Vail Chophouse,po ambitnie spędzonym dniu na nartach, zakotwiczyliśmy się na kilka godzin zasłużonego odpoczynku. Jak się później okazało, narodziła się nowa tradycja, i  codziennie po nartach spotykaliśmy się w tej restauracji na tzw. „Double Diamond after-ski party” .

 








Wieczorem po powrocie do naszych apartamentów większość z nas nie miała sił na dodatkowe atrakcje. Większość nawet nie miała sił wybrać się do jacuzzi ,które zwykle po nartach jest bardzo popularne. Wykończeni podróżą porzedniego dnia i ciężkimi warunkami w górach udaliśmy się na spoczynek, aby zregenerować siły na kolejny dzień.




Następnego poranka witaliśmy dodatkowe 12 cali pudru, któy spadł na góry przez noc (co dało nam razem 3 stopy przez ostatnie dwa dni!). Dla jednych była to ogromna radość, dla innych mniej entuzjastycznie przyjęta wiadomość. Szczególnie nie byli zadowoleni Ci co lubią zgrumowane stoki. Bo dla bezpieczeństwa narciarzy ratraki nie jeżdżą po trasach w ciągu dnia nawet podczas intensywnych opadów. Choć więc widoczność wydawała się tego dnia trochę lepsza, jazda po „powder” była jeszcze bardziej utrudniona. Dla nieprzyzwyczajonych do puchu, trzeba było uczyć się nowej techniki jazdy „na tyłach”, aby nie zapadać się w wysokie zaspy co pięć minut.




Tego dnia zdziwił nas niespotykany tłok na stokach i wyciągach. A był to przecież środek tygodnia. Wkrótce się wyjaśniło. Przyczyną było to, że zamknięto okoliczne szkoły i instytucje rządowe z powodu nieprzejezdnych dróg. W takich okolicznościach trasy narciarskie po drugiej stronie gór, w okolicach The Back Bowls (Tylnie Miski) wydawały się nam bardziej atrakcyjne i dlatego udaliśmy się w tamtym kierunku.

Mapa Tylnich Misek (po drugiej stronie gór)

Tłumy narciarzy i deskarzy kierujące się do gondoli
Z początku panujące w Miskach warunki pogodowe były dość zachęcające. Nikt jednak nie przewidział, że w godzinach popołudniowych będzie nagłe załamanie pogody na trasach w rejonie China Bowl. Warunki jakie tam zaistaniały po lunchu, są znane tutejszym narciarzom pod nazwą „whiteout”, (można to przetłumaczyć na zamieć śnieżną). A powodem takiej zamieci jest rozproszone światło przedzierające się przez zachmurzone chmury i opadający śnieg, które zlewają się ze śniegiem na stokach. A wygląda to prawie jak gęsta biała (właściwie szara) mgła lub nieprzerwana wartwa białej chmury wydająca się łączyć z białą powierzchnią śniegu. Wielu narciarzy tego dnia utkęło  na trasach w Chińskiej Misce, bo widoczność i kontrast były zredukowane do zera. Kompletnie nie było widać gdzie się jedzie. Horyzont znikł całkowicie i nie było punktów odniesienia, co powodowało brak orientacji w terenie. Takie warunki śnieżne stwarzają zagrożenie nawet dla najlepszych narciarzy. Z powodu braku widoczności, można się zderzyć z drzewem lub innym człowiekiem. Z tego też powodu w żółwim tępie zjeżdżało się w dół. Na szczęście operatorzy wyciągów zdawali sobie sprawę z zaistaniałej sytuacji  i wyciągi na Tylnich Miskach były otwarte o wiele dłużej niż zwykle.
Przystanek na lunch w Two Elk Lodge






Warto tu wspomnieć że w dzisiejszych czasach telefony komórkowe ułatwiają nam życie również na nartach. Dzięki nim dość łatwo można odnaleźć się na stoku, zakładając, że nasze komórki mają zasięg i zakładając, że nasz odbiorca też ma zasięg. Różnego rodzaju aplikacje pomagają narciarzom znaleźć stoki ze świeżym śniegiem oraz przewidzieć temperaturę na stokach. Można też ściągnąć różne aplikacje z mapami, które pomogą w orientacji przy złej pogodzie. Ale trzeba nie zapominać, że musimy do telefonów podchodzić z rozsądkiem. Do końca nie można na nich polegać. I tego też dnia niektórzy z nas odkryli, że smart phones nie są takie znowu smart jak zmokną lub zmarzną. Dla niektórych mądrych telefonów było po prostu za zimno, aby działać. Inne nie miały zasięgu lub baterie się wyczerpały. Pozostałe znowu jeśli wpadły w zaspę i były mokre, nie odczytywały liń papilarnych właściciela. I pomimo, że się widziało i słyszało, że ktoś do nas dzwoni, telefon nie rozpoznawał naszego dotyku i połaczenie nie było możliwe. Tak więc odpowiedzialni narciarze zawsze powinni mieć papierową wersje mapy ze szlakami przy sobie.  


Po dwóch dniach jazdy na szlakach pokrytych 3 stopami puchu i bez dobrej widoczności, kolejne dni w górach były jak bajka. Śnieg wreszcie przestał padać, wyszło słońce i było nareszcie widać gdzie jesteśmy. Trasy zostały tylko częściowo wygrumowane, aby zwolennicy białego pudru mieli też frajde.  Jazda na nartach była tak łatwa i przyjemna, że nikt nie narzekał na zmęczenie do późnych godzin popołudniowych.







Przepiękne widoki na Vail i okolice odbierały dech i zatrzymywały nas przy prawie każdym zakręcie na sesje zdjęciowe. Podziwialiśmy malowniczość gór i staraliśmy się uwiecznić te wspaniałe chwile na zawsze. Nadrabialiśmy braki w dokumentacji fotograficznej z poprzednich dni. I choć temperatury znacznie się obniżyły w kolejnych dniach, każdy z nas wolał jazdę w mrozie i w prominiach słońca na tle bezchmurnego nieba niż w ciepłym klimacie szarej mgły. Do końca naszego pobytu w Vail słońca nam już nie brakowało a nasze karty pamięci w aparatach i telefonach wypełniły się tysiącami zdjęć. W przedostatni dzień udało nam się nawet zgromać większą ekipę, aby zrobić grupową fotkę na tle pięknej panoramy gór przy Two Elk Lodge na wysokości 11, 220ft (3, 420m). Żałowaliśmy tylko, że na ten pamiętny moment nie wszystkim było dane dotrzeć na czas. 














W pełnym słońcu nie tylko góry prezentowały się znakomicie, ale i samo Vail nabrało uroku. Niektórzy z nas ostatniego dnia zrezygnowali z nart, na rzecz zwiedzania i zakupów w tym uroczym miasteczku, które jest wzorowane na styl europejskiej, a właściwie na styl bawarskiej wsi z deptakiem częściowo wolnym od ruchu kołowego  (i z podgrzewanymi ulicami dla pieszych). Do centrum można dojechać darmowymi autobusami, które kursują co 5 minut. Vail szczyci się najbardziej rozwiniętą siecią takich „shuttle buses” w Stanach Zjednoczonych. My mieliśmy do śródmieścia tylko 3 przystanki.









Vail zaistniało na mapie najpierw jako ośrodek narciarski, a później jakocentrum turystyki letniej. Natomiast dzięki wielu znanym osobistościom, które mają tutaj swoje stałe rezydencje miasteczko to również rozwinęło się jako centrum kulinarne i kulturalne. Najbardziej znanymi mieszkańcami są Michael Bloomberg (były burmistrz Nowego Jorku), John Glenn (austronauta), Trista i Ryan Sutter (gwiazdy 1-szego sezonu „The Bachelorette”), Lindsey Vonn (najbardziej znana Amerykańska narciarka, a obecna dziewczyna golfisty Tiger Wood) oraz wielu innych narciarzy i deskarzy wliczając ostatnią sensacje z Sochi i obecną mistrzynię świata w slalomie Mikaela Shiffrin, która jest najmłodszą mistrzynią olipijską w historii narciarstwa alpejskiego. Dodatkowego splendoru dodał Vail były prezydent Gerald Ford, który w połowie lat 70-tych dość często prowadził politykę całego narodu z hotelu „The Lodge at Vail”. Wtedy to Vail uzyskało nowy przydomek: „Western or Winter White House”.






Ford z czwórką swoich dzieci na nartach w Vail, CO
Vail oferuje powyżej stu butików i restauracji na każdą kieszeń. Ale chyba nie zdziwi nikogo, że najbardziej zapadł nam w pamięci sklep narciarski „Double Diamond”. Z samego sentymentu do nazwy nie jeden z nas robił tam, a nie gdzieindziej zakupy. 





Po zakupach przyjemnie było pospacerować wzdłuż brzegów malowniczego potoku Gore Creek, nad którym znajdowała się wystawa rzeźb wykutych w lodzie. Nasza wycieczka była tak przyjemna, że cieżko było wracać i pakować się na drogę powrotną.

Tego samego dnia o 7-mej wieczorem byliśmy już na lotnisku w Denver, a przed północą w samym Chicago. Czas spędzony w górach na nartach minął nam zbyt szybko i żal nam było rozstawać się. Pocieszał nas jednak fakt, że wkrótce będzie kolejny wypad. Na następne wspólne wakacje jedziemy też do Kolorado. Tym razem do Snomass i Apsen. Do zobaczenia wkrótce!




Anna Grochowska
Double Diamond Polish Ski Club


No comments:

Post a Comment