Co roku Double
Diamond Polish Ski Club organizuje conajmniej 3 dłuższe wyjazdy narciarskie
w tzw. „wysokie-poważne góry” (przeważnie Góry Skaliste). Na styczeń 2014 roku członkowie
naszego klubu z entuzjazmem zaakceptowali propozycje wyjazdu do Vail w stanie
Kolorado, którą zasugerował nasz prezes Janusz Radwański. Już w listopadzie poprzedniego
roku bez problemu uzbierała się 54-osobowa ekipa. Jest to przecież trzeci co do
wielkości ośrodek narciarski w Ameryce Północnej (po Whistler w Kanadzie i Big
Sky w Montanie) i cieszy się on ogromną popularnością wśród narciarzy. Samo
Vail, (nazwane na cześć Karola Vail, inżyniera autostrady prowadzącej do
miasta) w przeciwieństwie do innych popularnych miasteczek narciarskich jak
Aspen, Breckenridge czy Steamboat Springs, powstało wyłącznie na bazie
otwartego w 1962 roku ośrodka narciarskiego, który już pod koniec lat 60-tych
stał się jednym z najpopularniejszych ski
resorts w Stanach Zjednoczonych. Średnia wysokość tutejszych gór to 8,150 stóp (2,484 m) z najwyższym
szczytem sięgającym 11,570 stóp (3,527 m).
![]() |
![]() |
| Mapa tras narciarskich w Vail, CO |
Pomimo zasypanego
śniegiem Chicago i ściskających mrozów stulecia, na lotnisku Midway nasza grupa
stawiła się w komplecie i na czas. Stąd liniami Southwest Airlines (na które
zdecydowaliśmy się z powodu braku opłat za bagaże) odlecieliśmy do Denver w
Kolorado, gdzie dla odmiany witały nas wysokie temperatury (56⁰F!) i absolutny
brak śniegu. Przy pakowaniu naszych walizek i nart do podstawionego dla nas autobusu,
który miał nas dowieźć z lotniska do Vail, zorientowaliśmy się, że wielu z nas
nie ograniczyło się do minimum i był problem z umieszczeniem naszego całego
majdanu w bagażnikach. Po dość
czasochłonnych operacjach nasze cargo zostało upchnięte gdzie się dało (co
oznaczało również zastawienie całego przejścia na „pokładzie pasażerskim”). I
wydawałoby się, że już przysłowiowej igły nie zmieści się nigdzie,a jednak...
po zatrzymaniu się w przydrożnym sklepie i po zaopatrzeniu się na cały pobyt w
artykuły spożywcze setki dodatkowych siatek z zakupami wypełniły każdą półkę i
dziurkę w autokarze. Było ciasno, ale nikt na niewygody nie narzekał. Wszyscy
wiedzieli, że to tylko przejściowe niedogodności.
![]() |
| Lotnisko w Denver, CO |
![]() |
| Wjazd do Eisenhower Tunnel |
Do naszego
ośrodka w Vail-Lionshead dojechalismy późno w nocy. Gór nie było widać, ale
cieszył nas fakt, że na zewnątrz było już tylko 31⁰F i biały puch sypał z nieba
obficie. Udaliśmy się w poszukiwaniu przydzielonych pokoi. W międzyczasie kierowca
rozładowywał autobus. Kiedy wróciliśmy
po nasze bagaże były one tak mocno przysypane śniegiem, że nie można ich było
rozróżnić w ciemnościach. Nie zdały się na
nic kolorowe wstążeczki, które na lotnisku znakomicie się spisują, ale pod
śniegiem ich nie widać. Na szczęście
nasi panowie wzięli na siebie obowiązek dostarczenia wszystkich waliz do
odpowiednich pokoi i takim sposobem już pół godziny później byliśmy przygotowani
do zasłużonego snu.
Prawie cudem
można nazwać to, że po tylko 4-5 godzinach snu, już o 9-tej rano w pełnym
narciarskim rynsztunku większość z nas wyruszyła na podbój stoków Vail. Do gondoli mieliśmy tylko 5 minut. Jednak kilka
osób postanowiło sobie odpuścić jazdę tego dnia, bo widoczność była conajmniej
kiepska. Śnieg sypał tak mocno, że gór ciągle nie było widać. Było szaro i
ponuro, ale 24 cale świeżego puchu, który spadł przez noc większość członków
Double Diamond nie mogła zignorować. Dla doświadczonych narciarzy puszysty
śnieżek, nietknięty przez poprzedników, to raj na ziemi. Dla początkujących jednak
jest to wyzwanie i jazda przy złej widoczności może być nawet niebezpieczna.
| Z braku pięknych widoków gór pod gondolą podziwialiśmy system podgrzewanych ulic. |
Przez cały dzień
śnieg nieubłagalnie sypał, jakby chciał nadrobić zaległości całego sezonu w
Kolorado. Nie było zimno, ale trzeba bylo jeździć w goglach narciarskich bez
przyciemnianych szybek, bo inaczej nic nie było widać. Właściwie tak niewiele
było widać, że ciągle wszyscy gubili się na szlakach. Oznakowanie na takie
warunki było mizerne i niepomocne. Jeździło się trzema stylami: „na oko”, „po
śladach” lub „za innymi” (którzy zresztą jechali „na oko”). Kolejnym cudem
można nazwać fakt, że tego dnia 15-osobowej grupce udało się spotkać na stoku i
zjeść wspólny lunch w Eagle’s Nest (Orle Gniazdo) na szczycie góry na wysokości
10,350 ft(3,155m). Po lunchu większość z nas trzymała się szlaków przy gondoli,
gdzie widoczność wydawała się lepsza niż gdzie indziej, ale przede wszystkim,
aby uniknąć czasochłonnych i nieprzyjemnych tego dnia wjazdów na górę
nieosłoniętymi wyciągami krzesełkowymi.
Z biegiem dnia,
warunki pogodowe nie polepszały się. A wręcz przeciwnie. Obsługa gondoli poinformowała
nas, że z powodu złej widoczności będą zamykać wyciąg o 3 po południu, więc
czas było się zbierać. Część naszej ekipy (około 20-osób) zjechała na dół tuż
pod gondolę i w Vail Chophouse,po ambitnie spędzonym dniu na nartach,
zakotwiczyliśmy się na kilka godzin zasłużonego odpoczynku. Jak się później
okazało, narodziła się nowa tradycja, i codziennie
po nartach spotykaliśmy się w tej restauracji na tzw. „Double Diamond after-ski
party” .
Wieczorem po
powrocie do naszych apartamentów większość z nas nie miała sił na dodatkowe
atrakcje. Większość nawet nie miała sił wybrać się do jacuzzi ,które zwykle po
nartach jest bardzo popularne. Wykończeni podróżą porzedniego dnia i ciężkimi
warunkami w górach udaliśmy się na spoczynek, aby zregenerować siły na kolejny
dzień.
Następnego
poranka witaliśmy dodatkowe 12 cali pudru, któy spadł na góry przez noc (co
dało nam razem 3 stopy przez ostatnie dwa dni!). Dla jednych była to ogromna
radość, dla innych mniej entuzjastycznie przyjęta wiadomość. Szczególnie nie
byli zadowoleni Ci co lubią zgrumowane stoki. Bo dla bezpieczeństwa narciarzy
ratraki nie jeżdżą po trasach w ciągu dnia nawet podczas intensywnych opadów.
Choć więc widoczność wydawała się tego dnia trochę lepsza, jazda po „powder”
była jeszcze bardziej utrudniona. Dla nieprzyzwyczajonych do puchu, trzeba było
uczyć się nowej techniki jazdy „na tyłach”, aby nie zapadać się w wysokie zaspy
co pięć minut.
Tego dnia zdziwił nas niespotykany tłok na stokach i wyciągach. A był to przecież środek
tygodnia. Wkrótce się wyjaśniło. Przyczyną było to, że zamknięto okoliczne szkoły
i instytucje rządowe z powodu nieprzejezdnych dróg. W takich okolicznościach trasy
narciarskie po drugiej stronie gór, w okolicach The Back Bowls (Tylnie Miski) wydawały się nam bardziej atrakcyjne
i dlatego udaliśmy się w tamtym kierunku.
![]() |
| Mapa Tylnich Misek (po drugiej stronie gór) |
| Tłumy narciarzy i deskarzy kierujące się do gondoli |
Z początku panujące w Miskach warunki
pogodowe były dość zachęcające. Nikt jednak nie przewidział, że w godzinach popołudniowych
będzie nagłe załamanie pogody na trasach w rejonie China Bowl. Warunki jakie
tam zaistaniały po lunchu, są znane tutejszym narciarzom pod nazwą „whiteout”, (można
to przetłumaczyć na zamieć śnieżną). A powodem takiej zamieci jest rozproszone
światło przedzierające się przez zachmurzone chmury i opadający śnieg, które
zlewają się ze śniegiem na stokach. A wygląda to prawie jak gęsta biała
(właściwie szara) mgła lub nieprzerwana wartwa białej chmury wydająca się
łączyć z białą powierzchnią śniegu. Wielu narciarzy tego dnia utkęło na trasach w Chińskiej Misce, bo widoczność i
kontrast były zredukowane do zera. Kompletnie nie było widać gdzie się jedzie.
Horyzont znikł całkowicie i nie było punktów odniesienia, co powodowało brak
orientacji w terenie. Takie warunki śnieżne stwarzają zagrożenie nawet dla
najlepszych narciarzy. Z powodu braku widoczności, można się zderzyć z drzewem
lub innym człowiekiem. Z tego też powodu w żółwim tępie zjeżdżało się w dół. Na
szczęście operatorzy wyciągów zdawali sobie sprawę z zaistaniałej sytuacji i wyciągi na Tylnich Miskach były otwarte o
wiele dłużej niż zwykle.
| Przystanek na lunch w Two Elk Lodge |
Warto tu
wspomnieć że w dzisiejszych czasach telefony komórkowe ułatwiają nam życie
również na nartach. Dzięki nim dość łatwo można odnaleźć się na stoku,
zakładając, że nasze komórki mają zasięg i zakładając, że nasz odbiorca też ma
zasięg. Różnego rodzaju aplikacje pomagają narciarzom znaleźć stoki ze świeżym
śniegiem oraz przewidzieć temperaturę na stokach. Można też ściągnąć różne
aplikacje z mapami, które pomogą w orientacji przy złej pogodzie. Ale trzeba
nie zapominać, że musimy do telefonów podchodzić z rozsądkiem. Do końca nie
można na nich polegać. I tego też dnia niektórzy z nas odkryli, że smart phones
nie są takie znowu smart jak zmokną lub zmarzną. Dla niektórych mądrych
telefonów było po prostu za zimno, aby działać. Inne nie miały zasięgu lub
baterie się wyczerpały. Pozostałe znowu jeśli wpadły w zaspę i były mokre, nie
odczytywały liń papilarnych właściciela. I pomimo, że się widziało i słyszało,
że ktoś do nas dzwoni, telefon nie rozpoznawał naszego dotyku i połaczenie nie
było możliwe. Tak więc odpowiedzialni narciarze zawsze powinni mieć papierową
wersje mapy ze szlakami przy sobie.
Po dwóch dniach jazdy
na szlakach pokrytych 3 stopami puchu i bez dobrej widoczności, kolejne dni w
górach były jak bajka. Śnieg wreszcie przestał padać, wyszło słońce i było
nareszcie widać gdzie jesteśmy. Trasy zostały tylko częściowo wygrumowane, aby
zwolennicy białego pudru mieli też frajde. Jazda na nartach była tak łatwa i przyjemna,
że nikt nie narzekał na zmęczenie do późnych godzin popołudniowych.
Przepiękne widoki na Vail i okolice odbierały dech i zatrzymywały nas przy prawie każdym zakręcie na sesje zdjęciowe. Podziwialiśmy malowniczość gór i staraliśmy się uwiecznić te wspaniałe chwile na zawsze. Nadrabialiśmy braki w dokumentacji fotograficznej z poprzednich dni. I choć temperatury znacznie się obniżyły w kolejnych dniach, każdy z nas wolał jazdę w mrozie i w prominiach słońca na tle bezchmurnego nieba niż w ciepłym klimacie szarej mgły. Do końca naszego pobytu w Vail słońca nam już nie brakowało a nasze karty pamięci w aparatach i telefonach wypełniły się tysiącami zdjęć. W przedostatni dzień udało nam się nawet zgromać większą ekipę, aby zrobić grupową fotkę na tle pięknej panoramy gór przy Two Elk Lodge na wysokości 11, 220ft (3, 420m). Żałowaliśmy tylko, że na ten pamiętny moment nie wszystkim było dane dotrzeć na czas.
Przepiękne widoki na Vail i okolice odbierały dech i zatrzymywały nas przy prawie każdym zakręcie na sesje zdjęciowe. Podziwialiśmy malowniczość gór i staraliśmy się uwiecznić te wspaniałe chwile na zawsze. Nadrabialiśmy braki w dokumentacji fotograficznej z poprzednich dni. I choć temperatury znacznie się obniżyły w kolejnych dniach, każdy z nas wolał jazdę w mrozie i w prominiach słońca na tle bezchmurnego nieba niż w ciepłym klimacie szarej mgły. Do końca naszego pobytu w Vail słońca nam już nie brakowało a nasze karty pamięci w aparatach i telefonach wypełniły się tysiącami zdjęć. W przedostatni dzień udało nam się nawet zgromać większą ekipę, aby zrobić grupową fotkę na tle pięknej panoramy gór przy Two Elk Lodge na wysokości 11, 220ft (3, 420m). Żałowaliśmy tylko, że na ten pamiętny moment nie wszystkim było dane dotrzeć na czas.
W pełnym słońcu
nie tylko góry prezentowały się znakomicie, ale i samo Vail nabrało uroku. Niektórzy
z nas ostatniego dnia zrezygnowali z nart, na rzecz zwiedzania i zakupów w tym
uroczym miasteczku, które jest wzorowane na styl europejskiej, a właściwie na styl
bawarskiej wsi z deptakiem częściowo wolnym od ruchu kołowego (i z podgrzewanymi ulicami dla pieszych). Do
centrum można dojechać darmowymi autobusami, które kursują co 5 minut. Vail
szczyci się najbardziej rozwiniętą siecią takich „shuttle buses” w Stanach
Zjednoczonych. My mieliśmy do śródmieścia tylko 3 przystanki.
Vail zaistniało
na mapie najpierw jako ośrodek narciarski, a później jakocentrum turystyki letniej.
Natomiast dzięki wielu znanym osobistościom, które mają tutaj swoje stałe
rezydencje miasteczko to również rozwinęło się jako centrum kulinarne i
kulturalne. Najbardziej znanymi mieszkańcami są Michael Bloomberg (były
burmistrz Nowego Jorku), John Glenn (austronauta), Trista i Ryan Sutter
(gwiazdy 1-szego sezonu „The Bachelorette”), Lindsey Vonn (najbardziej znana
Amerykańska narciarka, a obecna dziewczyna golfisty Tiger Wood) oraz wielu
innych narciarzy i deskarzy wliczając ostatnią sensacje z Sochi i obecną
mistrzynię świata w slalomie Mikaela Shiffrin, która jest najmłodszą mistrzynią
olipijską w historii narciarstwa alpejskiego. Dodatkowego splendoru dodał Vail
były prezydent Gerald Ford, który w połowie lat 70-tych dość często prowadził
politykę całego narodu z hotelu „The Lodge at Vail”. Wtedy to Vail uzyskało
nowy przydomek: „Western or Winter White House”.
Vail oferuje powyżej
stu butików i restauracji na każdą kieszeń. Ale chyba nie zdziwi nikogo, że
najbardziej zapadł nam w pamięci sklep narciarski „Double Diamond”. Z samego
sentymentu do nazwy nie jeden z nas robił tam, a nie gdzieindziej zakupy.
Po zakupach przyjemnie było pospacerować wzdłuż brzegów malowniczego potoku Gore Creek, nad którym znajdowała się wystawa rzeźb wykutych w lodzie. Nasza wycieczka była tak przyjemna, że cieżko było wracać i pakować się na drogę powrotną.
Tego samego dnia
o 7-mej wieczorem byliśmy już na lotnisku w Denver, a przed północą w samym
Chicago. Czas spędzony w górach na nartach minął nam zbyt szybko i żal nam było
rozstawać się. Pocieszał nas jednak fakt, że wkrótce będzie kolejny wypad. Na następne wspólne wakacje jedziemy też do Kolorado. Tym razem do Snomass i Apsen. Do zobaczenia wkrótce!
Anna Grochowska
.jpg)
















